70 lat od Poznańskiego Czerwca: Pamięć o pierwszym zrywie robotników
Minęło siedemdziesiąt lat od tragicznego Poznańskiego Czerwca 1956 roku, który zapisał się w historii jako pierwszy masowy protest przeciwko władzy komunistycznej w Polsce. Wydarzenia te pozostają symbolem buntu społeczeństwa przeciwko opresji i złym warunkom życia.
Poznański Czerwiec, nazywany także Czarnym Czwartkiem, rozpoczął się 28 czerwca 1956 roku o godzinie 6:30. Wówczas syreny w poznańskich Zakładach im. Józefa Stalina (ZISPO) zawyły, a robotnicy wyszli na ulice.
Robotnicy, domagając się poprawy warunków bytowych, nieśli transparenty z hasłem "Żądamy chleba". Do pochodu szybko dołączali pracownicy z innych poznańskich zakładów. Jak wspominał Franciszek Brzóska, ówczesny pracownik ZISPO i uczestnik protestów, warunki pracy były trudne: "Zarabialiśmy grosze, a pracowaliśmy po 12 czy 20 godzin, by wykonać ten plan sześcioletni".
Kulminacja protestu
Manifestanci dotarli na plac Stalina (obecnie plac Mickiewicza) i ulicę Czerwonej Armii, gromadząc się przed Zamkiem i budynkiem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Żądano spotkania z przedstawicielami władz, w tym premierem Józefem Cyrankiewiczem lub pierwszym sekretarzem KC PZPR Edwardem Ochabem, jednak nikt nie wyszedł do protestujących. Około godziny 10 grupa ludzi wtargnęła do KW PZPR. Jak opisywał Matyja, z okien pokazywano demonstrantom zastawy, potrawy, szynki i wódkę, co wywołało jeszcze większe oburzenie wśród walczących o lepszy byt robotników.
W trakcie dnia do Zamku dotarł Edward Gierek, ówczesny sekretarz Komitetu Centralnego do spraw ekonomicznych, który miał za zadanie uspokoić nastroje. Obawiając się linczu, ukrył się w szafie pancernej.
Eskalacja i starcia
W tłumie zebranym na placu Stalina rozeszła się plotka o aresztowaniu delegacji ZISPO. Manifestanci ruszyli na ulicę Młyńską, gdzie mieścił się areszt, i uwolnili 257 więźniów. Jednocześnie inna grupa skierowała się w stronę siedziby Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Kochanowskiego.
Po drodze część protestujących wdarła się do siedziby ZUS, znajdującej się przy narożniku ulic Mickiewicza i Dąbrowskiego. Jerzy Ziółkowski, który miał wtedy 17 lat i pracował w Zakładach Produkcji Pomocniczej Łączności w Poznaniu, wspominał, że w budynku znajdowały się urządzenia zagłuszające, które zrzucono przez okna na ulicę Dąbrowskiego.
Przed gmachem UB zebrał się rosnący tłum. "Wyrywaliśmy kostkę brukową i rzucaliśmy do okien", opowiadał Franciszek Brzóska. Później w ruch poszły butelki z benzyną. Funkcjonariusze otworzyli ogień, najpierw strzelając ostrzegawczo, a następnie w kierunku ludzi. Na ulicę Dąbrowskiego wjechały czołgi, w które rzucano butelki z benzyną. Kilka czołgów zostało przejętych przez protestujących, jednak były nieuzbrojone, a ogień prowadzono jedynie z karabinów. Część żołnierzy, zorientowawszy się w sytuacji, stanęła po stronie manifestantów.
Pierwsi ranni trafili do szpitala już po godzinie 10. Aleksandra Banasiak, sanitariuszka pracująca w szpitalu Raszei, natychmiast przebrała się w strój pielęgniarski i zaczęła pomagać rannym. W pewnym momencie czołg zatrzymał się naprzeciwko szpitala, oddając strzały.
Komentarze (1)
-
M
medicine · 3 miesiące temu
minęło 70 lat, a my wciąż musimy walczyć o swoje. historia uczy, że milczenie to nie jest rozwiązanie.